Dzisiaj piszę mega wkurzony! Co prawda są to wydarzenia z ostatnich dni i nie jestem tutaj bez winy, ale do kogo mamy się udać jak nie do lekarza? Ale po kolei… Tymon znowu jest chory – niestety! Dość długo siedział w domku, gdy miał złamaną rękę, potem powrót do żłobka i wiadomo – przeziębienie. Moja partnerka znalazła świetną Pani Doktor w Chorzowie, jednak nie było terminów więc udaliśmy się do lekarza do pobliskiej miejscowości. Diagnoza? Tradycyjnie antybiotyk. Co z tego, że to już 4 a nawet 5 antybiotyk w tym roku… Ale ok – to są zalecenia lekarza, więc dostosowaliśmy się…

Nie mijają dwa tygodnie – nawrót choroby… I co teraz? Udać się do pobliskiego lekarza? Po co? Po kolejny antybiotyk? Istna masakra! Udało nam się dostać do Pani Doktor, która nie jest zwolenniczką antybiotyków, zleca gruntowne badania od a do z a przede wszystkim buduje odporność u Tymona. Dobrze, że się udało, lecz teraz nasz synek leży z wysoką gorączką i grypą, ale inhalacje i różne zabiegi z pewnością postawią go na nogi. Jednak zastanawiam się, czy ten antybiotyk to rzeczywiście jest aż tak niezbędny? Zawsze myślałem, że to ostateczność, a w przypadku Tymona, to praktycznie co wizyta u lekarza to antybiotyk… Coś jest nie tak…

-Oj jest katarek, zaczerwienione gardełko, musimy dać antybiotyk… oczywiście Amotaks. Co z tego wszystkiego jest jeszcze zabawne? Że wszystko kręci się wokół tych samych leków… a gdzie tutaj budowanie odporności dziecka? Zalecenia jak unikać gryp? Wskazania? Nic- kompletnie nic! Bardzo, ale to bardzo jestem zawiedziony tym faktem, ponieważ gdyby to chodziło o mnie- poradziłbym sobie. Tutaj jednak chodzi o dzieci, dla których antybiotyk nie jest dobrym rozwiązaniem…

Jakieś rady? Szukajcie lekarzy z powołaniem – nie mam innej… cdn…