Zaznacz stronę

Mamy kwiecień a ja dopiero piszę o tym, jak było na Maderze… ahhh długo, a nawet bardzo długo zajęło mi opracowanie tego wpisu, jednak postaram się, aby czytało się go bardzo przyjemnie a przede wszystkim można było podziwiać wspaniałe widoki. Od siebie, dodam jeszcze, że tytuły poszczególnych dni zostały opracowane przez Ciocię Tymona – Dianę, za co bardzo jej z tego miejsca dziękuję. Była również ona przewodnikiem naszych wczasów na Maderze, ale o tym w dalszej części wpisu – zapraszam do czytania.

Madera – portugalski archipelag położony na Oceanie Atlantyckim. Największe miasto na Maderze to Funchal i tam też się wybieraliśmy. Będąc szczerym wielokrotnie słyszałem o Maderze, z dwóch przyczyn; 1 – jestem wieloletnim fanem piłki nożnej, stąd wiedziałem że to właśnie tam urodził się Cristiano Ronaldo, obecnie jeden z najwybitniejszych piłkarzy na świecie, 2- jako o wyspie wiecznej wiosny, która jest idealna pod względem klimatu i temperatury.

Pomysł wylotu na Maderę pojawił się jesienią, gdy zaproponowała go moja partnerka. Oczywiście bez najmniejszego wahania się zgodziłem. Grudzień wydawał się być idealny, mikołajkowy szał zakupów i pochmurna pogoda nie sprzyjały nastrojowi, wizja spacerów z Tymonem w letnim ubiorze przy ponad 20-stopniowej temperaturze, napawały mnie olbrzymim optymizmem. Wszystko zatem klepnięte, 2 grudnia wylot, nasza trójka oraz ciocia Diana i jej przyjaciółka- Karolina, zatem czy może być lepiej?

 

Dzień wylotu…

Środek nocy, ale trzeba ruszać! Zapomniałem dodać na wstępie, że wylot jest z Warszawy. Nie jest to jednak problem, ponieważ Tymon smacznie śpi. W Warszawie odwiedzamy tylko Kantor i jesteśmy na lotnisku. Pod koniec drogi, nasza pociecha już się obudziła i była trochę marudna, jednak nie ma się czemu dziwić, zwykle poranek zaczynał od swojego fotelika i śniadanka, dlatego jego reakcja była całkiem normalna. Na lotnisku spotkaliśmy się już z „ciotkami” i wspólnie oczekiwaliśmy na wylot. Czas oczekiwania nie wydłużał się jakoś specjalnie, może dlatego, że każdy był podekscytowany, poza tym, dla nas to pierwszy lot z dzieckiem, dla Tymona 1 lot… i właśnie – lot… lot był bardzo męczący. Tymon na około 5 godzin, przepłakał 3… był zmęczony, marudny. Zaburzyliśmy jego standardowy tryb funkcjonowania i nie powiem, bo pierwszą moją myślą w samolocie było – niepotrzebne go męczymy i zaczęły się pojawiać wyrzuty sumienia. Następnie przespał godzinkę, jednak przy lądowaniu, myśli i wyrzuty sumienia powróciły… no cóż – najgorsze za nami pomyślałem i tak też było! Zmiana o 180 stopni, gdy wylądowaliśmy. Ciekawość Tymona w autobusie, od razu świetny nastrój, następnie zakwaterowanie w hotelu, szybki wypad do knajpy, każdy zadowolony… każdy jest senny i każdy poszedł spać…

W olbrzymim skrócie, tak to wyglądało. Nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć, czy zabieranie 9-miesięcznego dziecka w taką podróż to dobre rozwiązanie. Z drugiej jednak strony – jaki czas jest odpowiedni? Czy coś pominąłem? A no tak, hotel! Hotel w którym byliśmy zakwaterowani to: Suite Hotel Jardins d’Ajuda a lecieliśmy z biura podróży TUI w opcji wybraliśmy tylko śniadania, ponieważ prawie codziennie byliśmy w innym miejscu jak i jadaliśmy.

 

„Nie tak gorąco, jak miało być” – Szklany taras widokowy Cabo Girao

Dzień 2 a właściwie 1 odnośnie zwiedzania został potraktowany badawczo. Kobiety ruszyły bo „furę” a ja z Tymonem, mogłem się zdrzemnąć po śniadaniu. Celem podroży był szklany taras widokowy Cabo Girao, który niejednokrotnie jest określany jako najpiękniejszy klif w Europie. Na tym jednak nie poprzestaliśmy, gdyż podróż zakończyła się wizytą w najbardziej wysuniętym punkcie na zachód Ponta Do Pargo, gdzie znajdowała się Latarnia Morska oraz piękne widoki! Jeżeli chodzi o samopoczucie, to nie było ono jakoś wyjątkowe. Dzień był taki „szarpany” – raz tutaj, raz tam bez konkretnego celu, Tymon był już marudny i zmęczony, ja również – jednak postanowiłem, że sobie to odbijemy! Co do samej pogody, było wietrznie- powyżej 20 stopni ciepła, ale wiatr nie pozwalał na pełne delektowanie się słoneczkiem.

 

Kolejne dni to kolejne atrakcje i miejsca do odwiedzenia, poniżej krótkie opisy i zdjęcia:

 

„W poszukiwaniu smoczka i Resto” – Ribeira Brava (Kościół Sao Bento)

Jak sam tytuł wskazuje- Tymcio zgubił smoczek, albo inaczej – jego rodzicie! Udało się jednak znaleźć miłą panią w aptece, która nas uratowała! Kościółek też niczego sobie 😛

 

„Kolejka” – Monte Palace Tropical Garden

Dziewczyny wybrały się na wymagającą przechadzką w góry, dlatego też nastał czas dla naszej trójki! Wybraliśmy się do samego centrum Funchal powoli sobie spacerując, pstrykając fotki i ciesząc się widoki. Tymon również był bardzo zadowolony, gdyż świetna aura pozwalała mu na ciągłą radość a potem na krótkie drzemki. Była podróż kolejką do jednego z najładniejszych na świecie Ogrodów Tropikalnych, jedynie nie udało nam się odwiedzić muzeum Cristiano Ronaldo, jednak byłem tak zachwycony tym dniem, że nawet nie miałem specjalnego ciśnienia. W przerwie pomiędzy wędrówkami udało nam się także zjeść Małże! Coś, czego w życiu bym się po sobie nie spodziewał, jak się jednak okazało – nie były takie straszne! W drugiej połowie dnia dołączyły do nas dziewczyny, więc naturalnie przyszła pora na objadanie się i powrót do hotelu. Pomimo przejścia naprawdę sporej ilości kilometrów, poczułem się wypoczęty i zrelaksowany, czyli tak jak powinienem czuć się na wczasach 🙂 Widząc równie świetny nastrój Tymona, spało się wybornie!

 

„Chillin” –  Naturalne baseny w Porto Moniz

Jeden z najlepszych dni na Maderze. Baseny i my, nikogo więcej! Troszkę więcej osób pojawiło się z czasem, jednak nadal czułem się jak Posejdon! Miejsce, widoki i sam klimat – GENIALNE! Również w knajpie postanowiłem przełamać swój wstręt do krewetek i muszę przyznać, że przełamałem! Palella była pyszna!

„Najpiękniejszy widok z najbardziej wysuniętego na wschód punktu Madery” – Ponta Sao Lourenco

Tutaj Diana chyba chciała zażartować w tytule, ponieważ widok był naprawdę ładny, lecz wstawanie o 6 rano i chodzenie po górach z nosidełkiem średnio było mi na rękę! Jednak Tymon dzielnie to znosił i przesypiał z reguły całą wędrówkę, można zatem powiedzieć, że ja sobie spacerowałem z nim z przodu, a kobiety za nami dość sporą odległość ^^

Dodam, że to była pierwsza połowa dnia, w drugiej czekała nas:

„Najcudowniejsza Mikołajkowa a jednocześnie najłatwiejsza Lewada wraz z małym wodospadem” – Levada Do Rei

Również ironia w tytule 🙂 Szło się dość długo, po drodze było sporo do zobaczenia, jednak jak to ja, włączył się tryb lekkiej marudy, więc parłem z Tymonem przodem, na samym końcu czekał na nas wodospad… yyy przepraszam, wodospadzik! Moją reakcję można sobie dopisać samemu… Aczkolwiek na pewno były to Mikołajki których nigdy, każde z nas nie zapomni! Wieczorkiem lekkie szaleństwo a potem wyjście na przepysznego STEKA! 

„Długa Lewada i Schronisko” – Rabacal / 25 Fontes

Ostatni dzień wędrówek, dlatego mój nastrój był genialny! Wreszcie odpoczynek! Co prawda widoki były naprawdę wspaniałe włącznie z pogodą, to nie ukrywam, że fajnie było przystopować i najzwyczajniej w świecie się zrelaksować!

„Pyszna kawa przy plaży, spacer po mieście i mały Mikołaj” – Machico

To był dzień przedostatni! Tym razem skupiliśmy się na Funchal! Przyjemny dzień, z masą dobrego jedzenia i masą dobrych widoków! Szkoda że tak prędko mija czas 🙁 

Tworząc ten wpis, uświadomiłem sobie, że naprawdę sporo zobaczyliśmy, jednak stało się tak za sprawą trzech kobiet, które starały się zwiedzić i zobaczyć jak najwięcej – nie, żebym tego nie rozumiał, jednak w moim słowniku wypoczynek to wypoczynek. Wyobrażam go sobie jako spokojne spacery z synem, pobyt w basenie, cieszenie się słoneczkiem itp. Itd. Jednak wiedziałem na co się piszę, stąd nie mam prawa narzekać 😉 Z drugiej jednak strony- przeglądając teraz fotki, zobaczyliśmy naprawdę wiele i mogę być wdzięczny, gdyż zostaje mi pamiątka na całe życie!

Gdyby ktoś mnie zapytał który dzień był najlepszy, to odpowiedziałbym, że zdecydowanie ten, w którym:

Nasza trójka wybrała się wspólnie na spacer połączony ze zwiedzaniem Funchal! Prowadzę raczej aktywny tryb życia, dlatego fajnie było trochę zwolnić i delektować się wspólne spędzonym czasem bez jakiegokolwiek pośpiechu. I to nie tak,  inne dni spędzone na Maderze były złe, po prostu tego brakuje mi takiego spokoju i delektowania się spacerami co dzień, ale myślę, że aby się rozpisać w tym temacie, lepszy byłby osobny wpis.

Przechodząc już do tytułowego pytania wpisu- czy było warto wybrać się na Maderę z 9-miesięcznym dzieckiem? Bez namysłu mogę odpowiedzieć, że tak! Finansowo Madera jest naprawdę ok, z kolei odnośnie wypoczynku – mogę śmiało twierdzić, że jest idealna pod wypoczynek z dzieckiem. Funchal pod spacery jest genialne a życzliwość ludzi tam mieszkających wręcz niespotykana. To jak Tymon był traktowany w restauracjach, czy podczas zwykłych spacerów, jest czymś, czego u nas się nie doświadcza. Od ludzi mieszkających na Maderze bije mega pozytywna energia, której naszym rodakom z pewnością brakuje. Jedzenie jest po prostu wspaniałe i przepyszne. Ja zakochałem się w Stekach, które jadłem właściwie non stop! Z kolei dziewczyny także były zachwycone, gdyż wybór był przeogromny i pisząc w skrócie – było bardzo smacznie.

Kończąc już mój niezwykle długi wpis, chciałbym dodać, że nie ma się co sugerować opiniami w Internecie, że Madera nie jest dobra dla rodziców i dzieci. Kwestią najważniejszą jest tutaj podejście rodzica do wyprawy a dla mnie liczyło się dobro Tymona, a to że było mu dobrze, mogliśmy wywnioskować po jego nieustającym uśmiechu i dobrym nastroju. Jeżeli jednak są rodzicie, którzy lubią tak jak ja – przesiadywać na basenach, to lepiej poszukać na wczasy hotelu, który gwarantuje sporo atrakcji dla dzieci i posiada bogate zaplecze do wypoczynku. Ja z Madery jestem bardzo zadowolony, wiedziałem co nas tam czeka i ile wędrówek zrobimy, jednak spędziłem ten czas z rodziną, w świetnym klimacie a dla mnie jest to bezcenne!

Ps. Zastanawiacie się, dlaczego zapomniałem dodać kilka zdać o powrotnym locie i jazdą samochodem, jednak zaskoczę was – nie ma o czym pisać. Tymon przespał cały lot i całą podróż w samochodzie. Co więcej po powrocie do domu, nasza trójka spała jeszcze 2 godziny!